OK. Jest godzina 3:59 w niedzielę nad ranem, 2 czerwca. Niedawno wróciłem z wesela Łukasza i nawet nie chce mi się spać. A że naszła mnie wena na pisanie, to dlaczego miałbym nie zacząć nowego wpisu? W sumie już świta i w ostatnim czasie jest to dla mnie dobra pora na pisanie, jak każda inna... W jednej słuchawce gra mi teraz "Dolina Chochołowska" Michała Lorenca, a ja napiszę co teraz równolegle gra w mojej duszy. Spotify ustawione na losowe odtwarzanie, teraz wypadło na "Don't let it break your heart" Coldplay. Akurat w moim przypadku jest już na to za późno, jednak na wczorajszy widok Alicji zupełnie nie odjęło mi mowy. Nie wiem, czy to przez ostatnie wydarzenia i mój powolny "postprocessing", czy może przez zabójczy na pierwszy rzut oka (ale serio, tylko na papierze) miks wybornej Kadarki, wódki, piwa i weselnego bimbru Wujka Andrzeja. Jakkolwiek by nie było, teraz to nie żadnego znaczenia, jednak wydaje mi się (bo nie mam jeszcze 100% pewności), że wczoraj, ze zjawiskową jak zwykle Alicją, mógłbym pogadać w końcu jak normalny facet. Gdy to piszę, gra akurat "Untitled" Kjurów, więc cholera, to jednak musi być jakiś pieprzony fate... Zobaczymy, co będzie za chwilę?
No dobrze - "Three months" by Local Natives. Mogło być gorzej, biorąc pod uwagę, że moja playlista nazywa się "The saddest songs I've got". Miałem być wyzwaniem, a nie jałmużną. Wyszło na odwrót. Dopiero teraz to do mnie dotarło. Dosyć o Alicji. Tym razem już na dobre.
Dziś widziałem się z rodziną, z którą bardzo lubię się spotykać (Agata & Igor). Widziałem się także z Krzyśkiem i Kasią, z którą ostatni raz spotkałem się SIEDEM lat temu. Serio - 7 lat - czas płynie teraz niesamowicie szybko ("Where the streets have no name" U2). Dziś spotkamy się po raz kolejny i bardzo cieszę się na to spotkanie :)
Znowu umyka mi to, o czym chcę napisać. Nie wiem ja Wy, ale ja i chyba większość ludzi przyzwyczaja się szybko do życia w wygodzie. Nie chodzi mi tutaj o jakieś komfortowe warunki materialne, tylko o taką pozorną strefę komfortu naszego życia, w której wydaje nam się, że wszystko jest w odpowiednim miejscu. Otóż nie jest ("I can't be with you" The Cranberries). Biorąc pod uwagę wszystko to, co wydarzyło się w moim życiu przez kilkanaście ostatnich miesięcy, wiem, że wszystkie fajne rzeczy, których doświadczyłem, wydarzyły się ponieważ wyszedłem poza tę pieprzoną strefę.
No dobra, jest 4:32 i jest już zupełnie widno, na dodatek padło na najsmutniejszy utwór Roxette, jaki chyba kiedykolwiek nagrali (tak, ten z "Pretty Woman"), zatem na dziś dam sobie już spokój. Wieczorem widzę się z Anią i Markiem, więc pewnie znowu się trochę poweselę.
Poniedziałek, 3 czerwca. Zostało jeszcze trochę czasu do przedostatniego odcinka "Gry o Tron". Miało być o wyjściu poza strefę komfortu. No właśnie, nie jest to na początku ani miłe, ani wygodne, ani fajne ("Goodbye Baby Blue" Ray Wilson). Początki zwykle przy wszystkim są trudne, jednak już wiem, że naprawdę warto się postarać. Bo widzicie, przez praktycznie cały okres mojego dorosłego życia (chyba trochę nastoletniego też) zawsze czegoś się bałem. Potem uważałem, że nie muszę się starać, bo przecież coś tam mi się należy, ale generalnie to byłem (tak, myślę, że już mogę napisać to w czasie przeszłym) leniwy. Tak, po prostu i najzwyczajniej w świecie byłem leniwy. Znajdowałem czas na wszystko poza tym, czym naprawdę powinienem się zająć ("Zosia" Piotr Rogucki). A chcąc w życiu coś osiągnąć, to trzeba na to zwyczajnie zapracować.
Jak każdy mam swoje marzenia, które chcę zrealizować. Nie są to jakieś jakieś wielkie ekstrawagancje, tylko coś, co wiem, że może się spełnić, gdy tylko nie będę dłużej marnował czasu, a będę robić wszystko co mogę, żeby je zrealizować. To te bardziej dalekosiężne plany, którymi, pozwolicie - nie będę się z Wami tutaj dzielić (nawet teraz piosenka jest odpowiednia - "Faith" Human :) Ale… Gdyby ktoś był bardzo ciekawy, co sobie zaplanowałem na najbliższe dwa lata, to tak… W przyszłym roku lecę na turniej Roland Garros (oczywiście jako kibic), a za niecałe już dwa lata chcę ukończyć maraton w Madrycie :)
Wiem już też po co piszę tego bloga. Sprawdza się wszystko to, co napisałem w pierwszym wpisie. Nie wiem jeszcze do końca, z czego się to bierze, ale stopniowo wzrasta moja pewność siebie i staję się coraz mniej nieśmiały, a świadomość, że czytacie moje wynurzenia już zupełnie mnie nie przeraża. I z każdym z Was mógłbym o nich pogadać, co jeszcze kilkanaście miesięcy temu było wręcz nie do pomyślenia (i znowu - "What's going on" Cyndi Lauper :)
Dobra, robi się już trochę późno. Pora się zbierać. Jeszcze tylko, aby tradycji stało się za dość, piosenka na koniec. Dość długo się nad nią zastanawiałem i tym razem wypadło na Tinę. Przez chwilę myślałem, że będzie jak dawniej, ale jednak "I will never be the same again."
Dobrej nocy.
PS. Cholera. "Krwawe Gody" w serialu Gra o Tron to naprawdę mocna scena. Zdecydowanie 18+. Mimo iż czytałem tę książkę kilka lat temu, to jestem mocno wstrząśnięty…


0 komentarze:
Prześlij komentarz