Prawie całe moje życie, a na pewno większość z tej dorosłej części spędziłem za bardzo martwiąc się tym, żeby kogoś nie urazić, obawiając się, czy jestem wystarczająco dobry czy wreszcie zastanawiając się nad tym, co sobie o mnie myślą inni.
Stałem się przez to kimś, kto zbyt często nie miał własnego zdania. Kimś, kto nie potrafił obronić własnego punktu widzenia albo w ogóle bał się to zrobić. Takim dziwnym mięczakiem z zanikiem moralnego kręgosłupa. W międzyczasie przyprawiłem sobie spory brzuch, stałem się ociężały (na ciele i umyśle) i życie zaczęło przelatywać mi między palcami. Nie byłem ani specjalnie nieszczęśliwy, ani szczęśliwy. Nie miałem jednak sprecyzowanego celu, do którego mogłem dążyć. Żyłem tak trochę z dnia na dzień i podążałem w niezbyt fajnym kierunku. Wiem, że to zależało tylko ode mnie - ten stan, w którym się wtedy znalazłem, ale trochę żałuję, że nie trafiłem na przynajmniej jedną osobę, która tak szczerze, prosto z mostu powiedziałaby mi, żebym coś ze sobą zrobił. Potrząsnęła mną i dała kopa, strzała, cokolwiek - żebym ruszył z miejsca. Przestał bić pianę, tylko w końcu coś zrobił.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałem wspomnieć w tym kontekście - to stanie w miejscu i powolne gnuśnienie miało wpływ na moje relacje z otoczeniem. Właśnie... Relacje między ludźmi i związki bywają dziwne. Często dzieje się tak, że jeśli już się w jakimś znajdujemy, to dość szybko przyjmujemy go jako coś oczywistego. Wolimy zaimponować komuś obcemu, niż tym osobom, na którym naprawdę nam zależy. Szefowi w pracy albo tej fajnej dziewczynie siedzącej przy barze... Przestajemy przez to doceniać i zaniedbujemy osoby naprawdę dla nas ważne. Ja także postąpiłem w ten sposób, ale postaram się to naprawić.
Nie zamierzam rozdzierać szat, niekiedy tylko szkoda mi tamtego czasu. A czas jest u mnie ostatnio towarem deficytowym. Przeczytałem kiedyś, że ludzie sukcesu mierzą swój czas nie w dniach, tylko w godzinach. Na pewno nie mogę nazwać siebie człowiekiem sukcesu, ale taka zmiana liczenia upływającego czasu ma na mnie naprawdę dobry wpływ.
Żeby zmienić tamten niezbyt fajny stan rzeczy musiałem się zmienić. Tak, to wałkowana przeze mnie od wielu miesięcy ZMIANA. BIG CZEJNDŻ. Na wielu płaszczyznach, ale głownie były to bariery w mojej głowie. Nie stałem się tym samym zupełnym przeciwieństwem tego kogoś, kim byłem wcześniej. Jakimś herosem, który nie wie, co to np. nieśmiałość (moja stara, bardzo dobra przyjaciółka, z którą teraz jestem na wojennej ścieżce). To długofalowy proces, ale jest coraz lepiej. Co mi pomogło? Uświadomiłem sobie, że ludzie tak czy inaczej będą mnie oceniać. Niezależnie od tego, co zrobię, jak będę wyglądać czy jak się zachowam. To dzieje się nawet w tym momencie, kiedy to czytacie. Na pewno nic też się nie stanie, jeśli nie wszyscy będą mnie lubić. Dla większości osób zwyczajnie nie liczy się w ogóle to, że istnieję. Pewnie jest tam gdzieś ta garstka, która być może mnie ocenia, ale co z tego? Nawet jeśli tak jest, to przecież nie ma to żadnego znaczenia. Od niedawna mam to gdzieś. To naprawdę wyzwalające odkrycie. Przynajmniej dla mnie takim było.
Dziś, późnym popołudniem spadła na mnie kurewsko przygnębiająca wiadomość. Rzadko mi się to zdarza, ale zupełnie nie wiedziałem co mam powiedzieć i jak się zachować. Po czymś takim po prostu odechciewa się wszystkiego i (po raz kolejny) traci się wiarę. W dalszym ciągu nie wiem, co mam o tym myśleć... Nawet teraz przychodzi mi na myśl jedynie to, że przecież jutro też jest dzień.
W piosence "I miss the zoo" Joseph Arthur śpiewa m.in. o tajemniczym więzieniu. Jest ono tajemnicze, ponieważ nie ma w nim krat. Na własne życzenie zatrzasnąłem się w takim więzieniu na ponad rok. Trudno było mi się z niego wydostać, ponieważ najpierw przegapiłem moment, w którym powinienem powiedzieć sobie "dość", a potem nie umiałem ominąć krat, których nie widziałem. W końcu to zrobiłem. Być może zabrzmi to głupio - czasem za nim tęsknię. Za tym więzieniem. Mimo wszystko, dobrze być już na zewnątrz i w końcu móc odetchnąć pełną piersią. Moje serce jednak potrafi być szalone.
Jaki będzie dla mnie rok 2014? Przede mną sporo wyzwań. Głównie tych zawodowych - jestem nimi cholernie podekscytowany i tylko trochę przestraszony, ale podobno tylko idioci nie odczuwają strachu, zatem wszystko wydaję się być w porządku. Parę wyzwań sportowych też się znajdzie - chodzi mi przede wszystkim o maraton, w którym po raz pierwszy wystartuję w maju. Bardzo, naprawdę bardzo chciałbym go ukończyć. Czas nie ma dla mnie większego znaczenia, ale jeśli wszystko dobrze się potoczy, to będę celować w ten poniżej czterech godzin. Podobno takim prawdziwym biegaczem zostaje się po pierwszym maratonie. Zanim to nastąpi, postanowiłem gruntownie się przebadać. Ostatnio sporo się słyszy o tym, że jeśli już rzeczywiście biegamy w miarę regularnie, to obowiązkowo należy wykonać przynajmniej próbę wysiłkową, a najlepiej pełną diagnostykę naszego organizmu. Na wiosnę, przed rozpoczęciem outdoorowego sezonu na pewno zrobię przynajmniej te podstawowe badania. Dla świętego spokoju - mojego własnego i najbliższej rodziny. Skoro nasze samochody sprawdzamy przynajmniej raz w roku (bo przecież tak trzeba!), to nasz organizm chyba też na to zasługuje? Jeśli nawet nie co rok, to niech to będzie chociaż raz na kilka lat.
"Kiedyś". Do niedawana większość marzeń i tych bardziej prozaicznych spraw odkładałem na "kiedyś". Rzecz w tym, że to "kiedyś" po prostu nie istnieje. Jest za to dzisiaj. Chcesz coś zrobić, zrób to teraz. Dzisiaj. Podejmij decyzję, że to właśnie teraz jest idealny moment, żeby zacząć i się tego trzymaj. Motywacja, konsekwencja i siła charakteru naprawdę potrafią przenosić góry.
Trzydziestka, którą przekroczyłem niecałe dwa lata temu, rzeczywiście miała w sobie coś szczególnego. Dla mnie był to ostatni dzwonek. Dotarło do mnie jak szybko płynie czas i że to już nie są przelewki. Dotarło do mnie, że to właśnie teraz mam ostatnią szansę na to, żeby coś sobie udowodnić. Żeby stać się fajnym człowiekiem. Nawet jeśli startuję trochę za późno, to mam nadzieję, że zdążę.
Stay tuned.


0 komentarze:
Prześlij komentarz